Diagnostyka instalacji elektrycznej w Łodzi kosztuje 250 zł. To najdroższa pozycja w cenniku złotej rączki, bo płacisz nie za czynność, lecz za znalezienie przyczyny — a to bywa trudniejsze niż sama naprawa, która potem trwa dziesięć minut.
Zaczynamy od rozdzielnicy i sprawdzenia, który obwód odpowiada za problem. Potem idziemy odcinkami: pomiar napięcia w gniazdach, sprawdzenie połączeń w puszkach na trasie obwodu, ocena stanu przewodów. Efektem jest wskazanie miejsca usterki i tego, co trzeba zrobić — naprawa jest wyceniana osobno.
W budynkach sprzed wojny wciąż spotyka się aluminium zamiast miedzi i instalację bez osobnego przewodu ochronnego. Aluminium pełznie pod śrubą i po latach styk się poluzowuje — to najczęstsza przyczyna migającego światła i nagrzewających się gniazd w tej zabudowie. Naprawa polega na poprawieniu połączeń, ale przy instalacji, która ma pięćdziesiąt lat, mówimy wprost, że doraźna poprawka nie zastąpi wymiany.
Nie wykonujemy pomiarów odbiorczych z protokołem ani przeglądów okresowych wymaganych przepisami — to zadanie dla elektryka z uprawnieniami pomiarowymi. Nie modernizujemy rozdzielnic, nie kujemy ścian i nie prowadzimy nowej instalacji w całym mieszkaniu.
Jeśli w trakcie diagnostyki okaże się, że instalacja stwarza zagrożenie — przegrzane przewody, brak ochrony różnicowoprądowej przy urządzeniach w łazience, ślady zwęglenia w puszce — mówimy o tym wprost i wskazujemy, co należy wyłączyć do czasu naprawy. To nie jest sprzedaż dodatkowej usługi, tylko informacja, którą trzeba przekazać.
Nie, wyceniamy ją osobno po ustaleniu przyczyny.
Zwykle od godziny do dwóch, zależnie od tego, jak rozległy jest obwód.
Nie. Przekazujemy ustną informację o przyczynie i zalecanym zakresie naprawy.